Pomyslalam, ze taki kurczak idealnie bedzie pasowal do (po)swiatecznej atmosfery. Do marynaty dodalam mieszanke przypraw kojarzacych mi sie dotad tylko z piernikami , czyli: cynamon, imbir, anyz, galka muszkatolowa i gozdziki (5 spices powder).
Kurczaka jeszcze w tym roku nie pieklam – i nie wiem, czy to wlasnie dlatego tak bardzo mi smakowal. A moze z tego powodu, ze kupilam kurczaka organicznego – czyli zyjacego swobodnie i zdrowo zywionego – i mam nadzieje dobrze traktowanego. Mysle, ze warto bylo zaplacic za niego te 14 dolarow.
Marynata:
1/3 cup sosu sojowego
1/4 cup oliwy
2 lyzeczki w/w mieszanki 5 przypraw
1 lyzeczka utartego swiezego imbiru
1 lyzeczka chili
1 lyzeczka slodkiej papryki
1 lyzeczka majeranku
1 lyzeczka suszonej cebuli
1 lyzeczka pieprzu
1 lyzeczka kminku
1/2 lyzeczki rozmarynu
1/2 lyzeczki tymianku
6 zabkow czosnku, ktore wsadzilam do wnetrza kurczaka
kurczak wazyl okolo 4 funtow (obralam go ze skory i usunelam nadmiar tluszczu)
Kurczak marynowal sie dobe w lodowce , a pieklam go na grilu w szufladzie piekarnika. Z wierzchu byl pikantny i przypieczony, a w srodku miekki i soczysty. Kurczkak na zdjeciu nie ma juz nozek i udek – bo je zdazylam spalaszowac zanim siegnelam po aparat. Alez okrutna jestem! Nie podzielilam sie z Chorujacym Mezem najsmaczniejsza czescia kurczaka!

Oj uwielbiam takie pieczonego kurczaka . Aż mi ślinka leci na samą myśl:))