Lubię chodzić. Krzywymi chodnikami, kanciastymi brukami, po trawie i pomiędzy kałużami. Nad rzeką, nad morzem, w mieście wielkim czy małym. Nie gardzę nawet alejkami supermarketu.
Sobota. Wychodzę na zakupy do pobliskiej Biedronki. Przekraczam nową trasę dojazdową, idę wygodna drogą wyłożoną kostką (tuż obok ścieżka rowerowa). Wracam tą samą trasą obładowana : 3 kilogramami ziemniaków, torebką mąki, litrem mleka i kilkoma drobiazgami. Wdeptuję w szczęście. Znacie to polskie powiedzenie, że zabrudzenie podeszwy buta psia kupą – to dobry znak? Trzeba się jakoś pocieszyć.
Wychodzę drugi raz. Na dłuższy spacer wzdłuż Raduni- rzeki przepływającej przez moje rodzinne miasto. Duża część jej brzegów została umocniona, upiększona, a dookoła powstały alejki spacerowe, ścieżki rowerowe, place zabaw. Jest to fragment dawnego szlaku bursztynowego i ze środków unijnych powstaje REKONSTRUKCJA FAKTORII HANDLOWEJ I SZLAKU BURSZTYNOWEGO Z OKRESU RZYMSKIEGO (http://www.pruszcz-gdanski.pl/x.node?id=286). Wszystko pięknie, ale ja znowu mam szczęście.
Późnym popołudniem, po zachmurzonym dniu, pojawia się słońce. Postanawiam się przespacerować i popodziwiać nowe osiedla. Kilka lat temu były tam tylko pola i zarośla. Dziś mnóstwo bloków w różnorodnych barwach. I jak myślicie, czy szczęście znalazło mnie po raz trzeci? O tak! Zaklęłam pod nosem, opłukałam podeszwę w kałuży, wytarłam o trawę i krawężnik.
Wróciłam do domu, otworzyłam mojego laptopa i napisałam ten post.
Miłego weekendu Polacy! I jak najmniej g… szczęścia!
PS. Pocieszcie się! Tam gdzie mieszkam z Mężem też jest coraz gorzej. Mam wrażenie, że na Maspeth (Queens, NY) ludzie zbierają po swoim psie tylko, gdy są widoczni. Zdarzało mi się już znaleźć g… w bluszczach tuż za bramką prowadzącą do naszego domu, a nawet już dalej na tzw. backyardzie. W śniegu już wcale g… nie zauważają. Świat schodzi na psy.










